czwartek, 27 marca 2014

Harkor Disko/ 25.03

     


       Są wydarzenia, na które czeka się z niecierpliwością. Najczęściej wprost proporcjonalnie do czasu wzrastają  oczekiwania. W takim wypadku łatwo o rozczarowanie. Gdy dowiedziałam się, że reżyser teledysku Defto  chce debiutować, jako twórca pełnometrażowego filmu ucieszyłam się. Klip, który stworzył Jamalowi odniósł ogromny sukces. Świetna fabuła, intensywna kolorystyka, mistrzowskie kadry. Trudno przyczepić się do czegokolwiek. Podobnie wygląda sytuacja z zwiastunem Hardkor Disko. Parafrazując główną bohaterkę można powiedzieć, że napierdala zmysły, zostając na bardzo długo w pamięci.
         Udało mi się dostać na przedpremierowy pokaz w Kinie Nowe Horyzonty. Moja szyja dość mocno ucierpiała na siedzeniu w pierwszym rzędzie, ale było warto :) Ciemność. Dynamiczne kadry. Rozbiegana kamera podkreślająca niespokojne zachowanie głównego bohatera. Ujęcia skutecznie zaburzające rzeczywistość, która od początku do końca zostaje nieokreślonym wycinkiem. Nawet, jeśli pojawiają się nazwy lokalizujące przestrzeń, to są to jedynie punkty nawiązań do innych dzieł, takich jak Nieustające wakacje Jarmuscha. Cieszy fakt, że film nie jest kolejnym babraniem się w polskości. Wydaje mi się, że  uniwersalizm może być atutem ułatwiącym odbiór tego dzieła, również poza granicami naszego kraj. 
Głównymi bohaterami są Marcin, Ola oraz jej rodzice. O chłopaku nie wiemy nic. Możemy rozbudowywać jego tożsamość. Podstawowe pytania brzmiałyby, skąd się wziął, co nim kieruję, jaki jest tego cel. Również w tym wypadku możemy formułować różne hipotezy, obalać je. Metodą gdybania dopowiadać  niewyjaśnione kwestie, a jest ich w tym filmie ogrom.
           Zastanawia mnie, czy mówienie o tym filmie, jako o manifeście  pokolenia, nie jest pewnym nadużyciem. Oczywiście, już w tytule można doszukać się, tak jak zresztą proponuje reżyser ,odniesienia do kultury- Hardkor to określenie naszych czasów, które weszło do języka potocznego jako coś zaskakującego, brutalnego i bezwzględnego, a z drugiej strony atrakcyjnego i nęcącego niebezpieczeństwem, zaś disko to coś z zeszłej epoki, to hasło pokolenia naszych rodziców, z którego bije specyficzna nostalgia– tłumaczy reżyser, Krzysztof Skonieczny.
Bardziej trafnym określeniem wydaje mi się jednak wyraz: opinia, która dotyczy nowoczesności, gwałtownych przemian. Pokolenie rodziców przedstawione zostało, jako nowobogaccy dorobkiewicze. W oczach społeczeństwa odnieśli sukces, zaprzepaścili jednak swoje młodzieńcze ideały. Pokolenie Oli żyje odmiennie, jakby chciało zatrzymać za wszelką cenę młodość, będącą pozorną afirmacją życia. Płonąć, pędzić, niezatrzymywań się. Liczy się intensywność, natężenie.  Hedonizm jest jedyna ucieczka, przed kumającym się gniewem oraz frustracją. Brutalnie, namacalnie, nie myśląc o konsekwencjach. Podczas rozmowy przy śniadaniu rodzice Oli opowiadają, a wręcz monologizują historię własnego życia. Muszę przyznać, że dyskusja, którą prowadzą jest jedną z lepszych analiz zachodzących zmian społecznych, które słyszałam w ostatnim czasie w kine. Na płaszczyźnie metaforycznej, można podejrzewać, że Marek musi zniszczyć obłudę wcześniejszego pokolenia, aby dotrzeć do prawdy. Zresztą sam wypowiada bardzo ważne, z perspektywy mojego odbioru, zdanie : Oddajcie nam to co nasze, oddajcie nam prawdę albo odbierzemy ją siłą, a wtedy zostaną zgliszcza.
           Reżyser umiejętnie operuję napięciem. W Hitchcockowskim stylu  naprzemiennie przyśpiesza i zwalnia akcje długimi, spowolnionymi ujęciami ( Oj robią one wrażenie!),aby później przywalić z całej siły. Należy również wspomnieć o muzyce. Usłyszeć możemy Dezertera, Łonę, ale również Annę Jantar. Pomimo zróżnicowanej stylistyki tych utworów łączy je tekstowa przyległość.
Wiem, że można by przyczepić się do wielu kwestii, jak nadmierny brutalizm,  wulgarność, jednak moim zdaniem był to celowy zabieg reżysera, który w tym wypadku nie przerysował obrazu, lecz go wyostrzył. Jestem pod wrażeniem, tym bardziej, że Krzysztof Skonieczny nie korzystał przy produkcji tego filmu z żadnych dofinansowań zewnętrznych. Utrudniło to pewnie kwestie techniczne realizacji, jednak pozwoliło na całkowitą niezależność twórczą. Oby więcej takich inicjatyw.
       

wtorek, 25 marca 2014

Łódź/21.03-23.03.2014

          Podróż do Łodzi była moją pierwszą, samodzielną wyprawą . Miałam, wtedy 15 lat i za wszelką cenę próbowałam udowodnić, jak bardzo jestem niezależna. Pewnie powtarzałam nieustannie mamie Daj spokój, dam sobie radę; czułam się jednak wręcz przeciwnie. Narastał we mnie niepokój i lęk- Czy wysiądę na odpowiedniej stacji, Skąd będę wiedziała, że już tam jestem skoro za oknami będzie ciemno. Chęć odwiedzenia przyjaciółki była na tyle silna, że postanowiłam mimo wszystko przełamać swoje obawy. Od tamtej pory co roku jeździłam do Łodzi przynajmniej 2 razy do roku; A. równie często przyjeżdżała do mnie. U A. czuję się, więc jak w domu. Przyjazna, rodzinna atmosfera sprawia, że nie chcę się wracać. Pozytywna aura wpłynęła niewątpliwie na mój odbiór Łodzi. W radiu słyszałam co jakiś czas o morderstwach , bójkach na Przędzalnianej, bankrutujących zakładach, fabrykach. Wystarczyło zboczyć z Piotrkowskiej; wejść w jedno z podwórek i zobaczyć w jak tragicznych warunkach żyje większość mieszkańców. Zrozumieć, skąd bierze się turpistyczna atmosfera tego miasta. Nie mitologizował Tuwim :
Więc kocham twą "urodę złą",
Jak matkę niedobrą - dziecię,
Kocham twych ulic szarzyznę mdłą,
Najdroższe miasto na świecie!

Zaszwargotanych zaułków twych
Kurz, zaduch, błoto i gwary
Piękniejsze są mi niż stolic szychI
niż paryskie bulwary!
     Tylko, że Łódź z tego wiersza była prężnie rozwijającym się ośrodkiem wielkoprzemysłowym. W ciągu stu lat rozrosła się monstrualnie(z zaledwie ośmiuset mieszkańców do sześciuset trzydziestu tysięcy), ale nikt o nią nie dbał.
Mariusz Urbanek w książce Tuwim. Wylękniony Bluźnierca porusza ten problem:
Tuwim zapamiętał nędzę łódzkiego proletariatu, pożółkłych ojców, wychudłe matki i gruźlicze dzieci. Zaszczurzone podwórka, cuchnące rynsztoki i ciemne nory udające mieszkania, które dopiero po latach nazywano ,,grobami,,..,,Łódź, której kominy nie dymią to cmentarz''- pisał. A taką właśnie Łódź po latach zobaczył. Rozkradającego się, nikomu niepotrzebnego przemysłowego kolosa, który błyskawicznie zmienia się w kulę u nogi rolniczej Rzeczpospolitej.,,Łódź bezrobotna to absurd- zrozumiał wtedy.''
          Podczas ostatniej podróży postanowiłam, więc przyjrzeć się Łodzi. Spróbować zbudować jej obraz, pozbywając się wcześniejszej nadbudowy emocjonalnej. Wątpię, że jest on w jakimś stopniu obiektywny.
          Szkielety budynków, nad nimi kominy fabryk. Niewyburzone do końca budowle. Przepołowione. Zastygłe. Zaniedbane pustostany. Krzyże na chodnikach, przyozdobione sztucznymi kwiatami. Pociągłe domy z czerwonej cegły. W oknach mieszkańcy. Przyglądają się przejeżdżającym samochodom, palą papierosy, obserwują. Po co wychodzić skoro nie stać Cię na nową rzeczywistość. Lepiej przeczekać w starym, bezpieczniejszym, znajomym miejscu. Większość zwolnionych pracowników fabryk nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Po upadku zakładów są  nikomu potrzebni. Pobierają co miesiąc zasiłki. Żyją w nędzy, ale obok nich są setki takich jak oni. Niepotrzebnych, niepotrafiących stawić oporu, rozleniwionych tą sytuacją. Przesiąknięci atmosferą rozkładu. To wszystko co znałeś od wcześniej młodości rozpada się na twoich oczach. Punkty wokół, których lokowałeś swoje życie przestają istnieć. Dokąd pójść ?
          Zwiedzanie Łodzi zaczynamy od Piotrkowskiej. Jest 10:00. Miasto śpi. Trudno znaleźć otwarty lokal. Chcemy napić się yerby. Idziemy z M. na OFF. To ciekawe miejsce skupiające wiele alternatywnych działalności kulturalnych. Można tu dobrze zjeść( Według M. Łódzkie Burgery cenowo oraz jakościowa są na niezłym poziomie.), kupić coś do ubrania,  nabyć designerski gadżet do mieszkania, albo po prostu pospacerować po interesującym architektonicznie obiekcie. Całość ma bardzo bohemistyczny charakter, przypominający mini Kreuzberg; z rana ospałe uliczki zaczynają wieczorami tętnić życiem. Z przepyszną yerbatą o smaku lemoniady ruszamy w dalsze zwiedzanie miasta.

          



           
   Udajemy się na Stary Cmentarz. Zwiedzamy część katolicką oraz prawosławną. Z braku czasu nie odwiedzamy części ewangelickiej, a to podobno tam są najokazalsze mauzolea;) Trudno.. Mój wzrok przykuwają secesyjne rzeźby zdobiące wiele nagrobków.W pamieć zapadło mi białe popiersie kobiety z dynamicznie rozwianymi włosami zdobiące grób młodej, zmarłej tragicznie dziewczyny. Z boku zamieszczony był nietypowy napis: Śmierć była dla niej wybawieniem. Samoistnie tworzę w umyślę historię jej życia. Podejrzewam,że była uczennicą Szkoły Plastycznej, którą do samobójstwa popchęła wrażliwośc. Mijam jeszcze wiele tajemniczych mogił, przyozdobionych czarno-białymi zdjęciami. Spoglądają na mnie figlarnie. Na jednej z cmentarnych płyt wygrzewały się dwa, grube kocury. Leżały na grobie nieznanego mi pisarza. Najprawdopodobniej przyciągnęła je nagrzana, kamienna płyta nagrobka. Przypominają egipskie koty podróżujące z swoim właścicielem w otchłań zaświatów. Wszechobecna symbolika oraz symbioza materii ożywionej z rozkładem. Czuję się przytłoczona. Nadmiar refleksji.Wychodzimy na ulice. 
    Kierujemy się w kierunku Manufaktury. Chcemy zwiedzić jedną z galerii współczesnych. Udajemy się do M2. Pani proponuje nam karnet w cenie, którego możemy zwiedzić 3 miejsca. Zaczynamy od Muzeum Herbsta. Nie za bardzo wiemy, jak tam trafić;) Wysiadamy na ulicy Przędzalnianej. Po obu stronach budynki z czerwonej cegły,byłe osiedla robotnicze. Stoją zastygłe w półśnie. I nagle wyrasta przed nami neobarokowy pałac z zadbanym ogrodem. Zwiedzamy go, ale jakoś niechętnie. Pozłacane krzesła, secesyjne meble, przepych, a za oknem rzeczywistość; Mieszkańcy piją piwo na ławkach, odpoczywają nad rzeką przypominającą wysychające bajorko. 

   Wracamy do M2. Na małej przestrzeni można zobaczyć wiele dzieł z zakresu malarstwa, rzeźby, obiektów przestrzennych oraz technik wizualnych. Przemawia do mnie sposób, w jaki posegregowane zostały eksponaty. Nie są one rozmieszczone chronologicznie, ani w obrębie twórczości jednego autora, lecz według zjawisk, które uważamy obecnie za nowoczesne: emancypacja, autonomia, industrializacja, kapitał, urbanizacja, eksperyment, mechanizacja czy rewolucja. ,,Atlas nowoczesności'' to kolaż” zbudowany z dzieł pochodzących z różnych okresów, reprezentujących różne estetyki i różne artystyczne postawy, wystawa stawia pytania o to, jak zmieniał się charakter tych zjawisk, jak zmieniało się ich postrzeganie a przede wszystkim o to, jak dalece kształtują one dzisiejszą rzeczywistość.


Jestem miłośniczką Witkacego, więc największe wrażenie robią na mnie oryginały jego zdjęć oraz namalowane przez niego portery. Zobaczyć można również filmy Libery, sławną Monroe Warhola. Przyglądam się Zakochanym Wróblewskiego. Uprzedmiotowione postacie, niczym manekiny uchwycone zostały w beznamiętnym uścisku. Malarz pozbawił je podmiotowości. 
   Wieczór spędzamy z A. i jej znajomymi. Później udajemy się do klubu DOM na koncert Architecta. To mój pierwszy kontakt z muzyką industrialna i zdecydowanie nie ostatni. :) 
   Następnego dnia A. oprowadza nas z chłopakiem po terenie dzielnicy żydowskiej i byłego getta. Po raz kolejny ogrom pytań. Brak jakichkolwiek odpowiedzi. Przygnębienie. 
   W Łodzi byłam wiele razy, jednak dopiero teraz zaczynam poznawać jej skomplikowany charakter. Nawarstwiającą się sieć powiązań, która wpłynęła na niepowtarzalny klimat tego miasta. Ta młoda pod względem historycznym przestrzeń nadrabia intensywnością traumatycznych doświadczeń(II Wojna Światowa, przekształcenia systemowe). Chyba stąd wynika specyfika tego miejsca. Jego piękno.






sobota, 15 marca 2014

Początek /15.03.2014

          Wrocław darzę bezwzględnym oddaniem. Już jako mała dziewczynka zwiedziłam go wzdłuż i wszerz. Mój dziadek(od strony mamy) przyjechał  tu z Rzeszowa pod koniec lat 60. Skuszony wizją lepszego życia, zostawił strony rodzinne. Szybko znalazł pracę, jako motorniczy w MPK oraz poznał moją babcię. W wolnych chwilach zabierał mnie na wycieczki tramwajowo- autobusowe po mieście. Pamiętam jak rysowałam palcem na szybie mijane budynki, przyglądałam się przechodniom. Podczas tych podróży, siedząc na kolanach dziadka, słuchałam jego opowieści o wojennych zniszczeniach, o nowo powstających budowlach. Większość słów rozmyło się, zapamiętałam jednak ciepło jego głosu i fascynację, która świadczyła o miłości do tego miejsca. Chociaż mieszkaliśmy 10 kilometrów za Wrocławiem, moja rodzinna miejscowość nigdy nie była moim domem. Wiedziałam,że tam w oddali czekają na mnie kamienice, przystanki, ławki, widziane zza szyb. Czułam się wśród nich bezpiecznie. Dlatego, gdy ktoś pytał mnie ,,skąd jesteś?'', odpowiadałam bez najmniejszego zawahania z Wrocławia.
mój dziadek


         1. Notatki, które będę tu zamieszczać dotyczą: teraźniejszości, przeszłości i przyszłości,różnych  miejsc, osób, i przedmiotów. Możliwe, że czas zniekształcił realny obraz tego co widziałam. Chcę jednak zatrzymać, chociaż cząstkę tych doznań. 
         2. Pragnę również przedstawiać swoją subiektywną opinię, dotyczącą współczesnej sztuki, literatury, muzyki. Skupię się przede wszystkim nad wydarzeniami związanymi bezpośrednio z Wrocławiem.
Mam nadzieję, że sugestie dotyczące darmowych wstępów na różnego typu wydarzenia kulturalne, pozwolą osobom takim jak ja, rozwijać małym kosztem zainteresowania:) Kultura wysoka wbrew pozorom nie jest niedostępna. Często jest na wyciągnięcie ręki !